Test: VW Transporter T7 PanAmericana – gdzie jest haczyk?

Test: VW Transporter T7 PanAmericana – gdzie jest haczyk?

Najnowsze wcielenie VW Transportera to produkowany w Turcji klon Forda Transita Customa, ale to nie jest problem. A co problemem jest?

Aby zacząć opisywać plusy i minusy najnowszego Transportera wypada się cofnąć do 10 czerwca 2020 roku. Wtedy to przedstawiciele Ford Motor Company i Volkswagen AG oficjalnie podpisali dokumenty dotyczące współpracy przy projektowaniu i produkcji samochodów dostawczych oraz pick-upów.

Dzięki temu porozumieniu Volkswagen w Poznaniu produkuje dla Forda Transita/Tourneo Connecta będącego klonem Caddy. Z kolei Ford wytwarza dla Volkswagena kolejną generację Amaroka, czyli pick-upa będącego konstrukcyjnym bliźniakiem Rangera oraz średniej wielkości vany.

I tutaj dochodzimy do prezentowanego VW Transportera, którego VII generacja oparta jest na II wcieleniu Forda Transita/Tourneo Customa. Produkcja Transportera czy Caravelle nie odbywa się już ani w Niemczech, ani w Poznaniu, ale w tureckim Koaceli w zakładach Ford Otosan – spółki joint venture Forda, która jest głównym centrum produkcyjnym Transita.

Oczywiście styliści przeprojektowali nieco przód Transportera czy jego deskę rozdzielczą, żeby wizualnie pasowała „T7-ka” do reszty modeli Volkswagen Samochody Dostawcze. Ale i tutaj pojawia się kolejna ciekawostka: czy na pewno Nowego Transportera – bo tak określano go w komunikatach prasowych producenta – można nazywać T7?

Logika nakazuje, aby właśnie tak było, ale na niemieckiej stronie internetowej Volkswagen Nutzfahrzeuge mowa o Nowym Transporterze czy Nowym Caravelle. A na polskiej stronie internetowej importera dopiero po pewnym czasie dodano T7 przy Transporterze oraz Caravelle a nawet i przy modelu Multivan czy California, choć te dwa ostatnie samochody, to przecież całkowicie inne konstrukcje oferowane z innymi jednostkami silnikowymi.

Volkswagen Transporter T7 – furgon, za którym odwracali się przechodnie

Ale przyjmijmy na potrzeby tej publikacji, że Nowy Transporter to też po prostu T7. Odebrany na testy egzemplarz to furgon w wersji PanAmericana z nadwoziem L2. I muszę jednak przyznać, że, jak na zwykłą „blaszkę” auto zwracało na siebie uwagę a kilka obcych osób – w tym moja sąsiadka – stwierdziły, że „auto jest piękne, zwłaszcza ten kolor”.

Choć podejrzewam, że i 19-calowe obręcze ze stopów lekkich, w które doposażono testową „blaszkę”, też dodawały tutaj sporo uroku.

Testowa „T7-ka” dostała dobrze doposażona. Za same opcjonalne obręcze kół ze stopów lekkich „Indianapolis” (7,5 x 19) trzeba dopłacić 3910 zł netto. Felgi obuto z kolei w opony wielosezonowe Goodyear VECTOR 4SEASONS CARGO w rozmiarze 235/50 R19C (1140 zł netto). Osłony przeciwbłotne z przodu i z tyłu to też ekstra wyposażenie (660 zł netto).

Długość zewnętrzna prezentowanego dostawczaka z uwzględnieniem haka kulowego to 5584 mm przy szerokości 2275 mm (licząc z lusterkami). Z kolei wysokość nadwozia dochodzi do 1986 mm, czyli trzeba pamiętać, aby omijać te parkingi podziemne, które mają ograniczenie do 1,9 m.

Jak już wspomniałem z zewnątrz testowy furgon zwracał na siebie uwagę intrygującym zielonym metalizowanym lakierem, który wymaga dopłaty 2490 zł netto. Ponadto wersja PanAmericana wyróżnia się czarnymi plastikowymi osłonami nadkoli i progów, ale nie mamy tutaj już podwyższonego zawieszenia, jak w poprzednich generacjach. Szkoda.

W środku także znajdziemy kilka akcentów podkreślających z jaką odmianą Transportera mamy do czynienia. Logotyp PanAmericana pojawia się na stopniach drzwi oraz w postaci pomarańczowych przeszyć na oparciach zewnętrznych foteli.

Nie każdemu będzie pasować, że obsługa np. klimatyzacji i innych systemów pokładowych możliwa jest wyłącznie poprzez dotykowy ekran. A wiadomo jak to jest, jak na nieco wyboistej drodze ciężko zmienić temperaturę w kabinie albo ustawić nawiew także na przednią szybę.

Nieźle wykonane wnętrze, chociaż wysuwany cupholder zawadza o prawe kolano kierowcy, ale są też dwa miejsca na napoje zlokalizowane na szczycie deski rozdzielczej po obu jej stronach. Cyfrowy kokpit 10,25 cala należy do wyposażenia standardowego nowego Transportera.

Deska rozdzielcza mocno przypomina tę z Transita Customa. Cyfrowy zestaw wskaźników jest jednak nieco inny i wypełnia w Transporterze całą przestrzeń. Nie udało mi się znaleźć w opcji natomiast możliwości wyświetlenia np. informacji o temperaturze oleju silnikowego a da się to zrobić w Crafterze. Szkoda.

Do tego z kokpitu czy z okolic ściany grodziowej nie wydostawały się żadne niepożądane dźwięki, nawet na nierównych nawierzchniach. Jednak zdarzyło się, że jakieś trzaski zaczęły dochodzić z przestrzeni prawych drzwi.

Miałem też kilkukrotnie problem z wyciszeniem radia przyciskiem na wielofunkcyjnej kierownicy – nie wiem czy to kwestia tego, że auto było dosyć „świeże” a przycisk niewyrobiony jeszcze, ale dosyć mocno to irytowało.

Pod siedziskiem pasażerów znalazło się sporo przestrzeni do wykorzystania i co dodatkowo trzeba docenić nie ma tam żadnej blachy dzielącej ten schowek na pół.

Pod względem miejsca jest nieźle a i miejsce na butelkę, faktury, „WZ-tki” też się znajdzie. Ciekawym rozwiązaniem jest umieszczenie poduszki czołowej powietrznej pasażera/pasażerów nie w desce rozdzielczej a w podsufitce. Dzięki temu wygospodarowano miejsce na zamykany schowek także na górze kokpitu przed pasażerami, bo ten zamykany dolny schowek pomieści może kamizelkę odblaskową, długopis (jest specjalny uchwyt) i z dwie paczki chusteczek.

A gdzie są haczyki na kurtkę czy kamizelkę? Nie ma! W naprawdę wysoko wycenionym egzemplarzu tym bardziej szokuje, że kierowca czy pasażer nie ma gdzie powiesić „kufajki” :/ Choć trzeba doprecyzować, iż stalowa przegroda od strony kabiny jest tapicerowana, lecz to dodatkowo płatna opcja (490 zł netto).

Czyli podsumowując: jakość wykonania niezła, wyposażenie standardowe bogate, choć prezentowany Transporter został dodatkowo doposażony w sporo „ekstrasów” o czym napiszę więcej przy okazji omawiania cennika.

VW Transporter L2 – wymiary paki, ładowności, DMC i uciąg na haku

W materiałach prasowych marka Volkswagen Samochody Dostawcze chwaląc najnowsze wcielenie Transportera wspominała m.in. o lepszych względem T6.1 parametrach użytkowych. I tak furgon T7 z dłuższym rozstawem osi może pochwalić się większą o 61 mm długością przestrzeni ładunkowej, która po raz pierwszy przekroczyła 3 metry.

Do tego względem poprzedniego wcielenia Transportera szerokość nadwozia została zwiększona o 128 mm, przez co przestrzeń ładunkowa zyskała jeszcze szerszą przestrzeń między nadkolami, która wzrosła aż o 148 mm.

Ładownia testowego Transportera L2H1 pomieści bez problemu 3 europalety (1200×800 mm). Widoczne na zdjęciu zabezpieczenie podłogi z trzema szynami airline to dodatkowo płatna opcja. Standardowo producent montuje 8 uchwytów do mocowania ładunku, ale blokady tylnych skrzydeł za to brak, więc mocniejszy wiatr może wyrządzić sporo szkód.

Kubatura wariantu L2H1 to 6,8 m3. Długość paki po podłodze dla wariantu L2 dochodzi do 3002 mm przy wysokości dochodzącej do 1425-1433 mm. Z kolei maksymalna szerokość ładowni Volkswagena T7 to 1777 mm a przy nadkolach zostaje bardzo przyzwoite 1392 mm.

Standardowo furgon wyjeżdża z tureckiej fabryki z prawymi przesuwnymi drzwiami – szerokość otworu drzwi przesuwnych to 1030 mm, natomiast wysokość to z kolei 1301 mm. Szerokość tylnego otworu ładunkowego po otwarciu tylnych dwuskrzydłowych drzwi dochodzi do 1400 mm a jego wysokość to 1316 mm. Jakby kogoś interesował montaż „galeryjki” na dachu, to trzeba pamiętać, że jego dopuszczalne obciążenie nie może przekraczać 170 kg.

Dopuszczalna masa całkowita testowej „T7-ki” to 3025 kg a pomiar na wadze wykazał, że realna masa własna dochodzi do 2118 kg (bez kierowcy, mniej niż 50% paliwa w baku), czyli ładowności zostaje 907 kg.

Testowy Volkswagen Transporter T7 ze 170-konnym turbodieslem i 8-stopniową automatyczną przekładnią oraz napędem na obie osie 4MOTION oferuje przy DMC 3025 kg (pomiar bez ładunki i kierowcy, mniej niż 50% paliwa w baku) około 907 kg ładowności.

Nie jest to zły wynik, tym bardziej, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że prezentowany furgon to bogato wyposażone auto z napędem na obie osie oraz „automatem”.

Prezentowana „blaszka” otrzymała stały hak holowniczy (dopłata 490 zł netto) z 13-pinowym złączem a dopuszczalna masa całkowita zespołu pojazdów określona została na 5525 kg, przy czym dopuszczalna DMC przyczepy hamowanej może dochodzić do 2800 kg a tzw. przyczepy lekkiej, bez hamulca, do maksymalnie 750 kg.

2.0 TDI, czyli 2.0 EcoBlue. „Automat” i napęd na obie osie

Już wiemy, że T7, czyli klon konstrukcyjny Forda Transita Customa, to najobszerniejszy w historii Transporter. A drugi „szpagat” Volkswagen musiał wykonać nazywając 4-cylindrowe turbodiesle z rodziny Panther silnikami 2.0 TDI.

Bo tak naprawdę 2-litrowy wysokoprężny silnik stosowany w rodzinie modelowej Transita nie ma nic wspólnego z jednostkami 2.0 TDI konstrukcji VW. Czyli mniej zorientowani klienci będą mogli myśleć, że ich Transporter ma ten sam silnik, co np. Crafter czy Caddy a tutaj niespodzianka 🙂

Pod maską prezentowanego vana pracował topowy turbodiesel o pojemności 1996 ccm i mocy 170 KM, który zblokowano z 8-stopniową automatyczną przekładnią i napędem 4MOTION.

Testowa „T7-ka” napędzana była najmocniejszym z gamy spalinowym turbodieslem o mocy 170 KM, który generuje maksymalnie 390 Nm dostępnych w zakresie 1750-2500 obr./min.

Na papierze wygląda to dobrze, ale współpracująca z silnikiem 8-stopniowa automatyczna przekładnia, która przekazywała moment obrotowy na obie osie, mocno ograniczała potencjał tej wysokoprężnej konstrukcji.

No i jeszcze jedna dziwna sprawa – przy kilkustopniowych temperaturach zimny rozruch wiązał się z wyraźnymi wibracjami 2-litrowego silnika oraz falowaniem obrotów. Po rozgrzaniu się jednostki napędowej pracowała ona już bardzo przyzwoicie.

Średnie spalanie? Próbowałem zejść poniżej 9 litrów, ale się nie udało. Natomiast nie jest to sam w sobie zły wynik, po prostu trzeba pamiętać, że to jednak auto z napędem na obie osie, co też przedkładać się musi na zwiększone zapotrzebowanie na olej napędowy.

A skoro już jestem przy oleju napędowym, to seryjnie zbiornik paliwa T7 pomieści tylko 55 litrów. Trochę mało, ale wystarczy przecież wysupłać kolejne 490 zł netto i mamy 70-litrowy bak. Z dziennikarskiego obowiązku dodać muszę, że zbiornik na AdBlue mieści 20 litrów.

Z jednej strony PanAmericana wygląda, jakby była nieco uterenowionym vanem, ale 19-calowe alufelgi z diamentowym szlifem oraz standardowy prześwit zdecydowały, że wjechałem tylko na szutrową drogę z odcinkami pokrytymi piaskiem, a więc tam, gdzie spokojnie poradziłby sobie też każdy przednionapędowy dostawczak. No bo jednak mam opory „upalać” w błocie nowe auto za ponad 290 000 zł brutto 😉

Zastosowany układ 4MOTION to tak naprawdę napęd All-Wheel Drive stosowany w Fordzie Transicie Customie. Napęd ten automatycznie rozdziela moment obrotowy pomiędzy przednią a tylną osią za pośrednictwem elektronicznie sterowanego sprzęgła. Podobno czas reakcji, aby w razie potrzeby załączyć tylną oś, to mniej niż 20 milisekund.

Ale wracając do wrażeń z jazdy, to nowy Transporter prowadzi się bardzo dobrze i trochę szkoda, że ten „automat” nie nadąża za kierowcą – że tak to ujmę. Poza tym nie mogłem się jednak przekonać do sposobu manualnego wymuszania zmiany przełożenia przełącznikiem umieszczonym na końcu dźwigni selektora po prawej stronie kierownicy. I żeby nie było, dokładnie takie same wrażenia miałem mając na testy Forda Tourneo Customa.

A i muszę wspomnieć o Auto-Hold… Układ trzyma auto pomimo wciśnięcia pedału przyspieszenia, no to wciskam mocniej „gaz” i wtedy się wręcz wyrywa do przodu. I teraz pomyślcie, że na jakimś zapleczu sklepu na milimetry ćwiczycie zawracanie, bo ktoś osobówkę postawił przy wyjeździe. No kiepsko to rozwiązano, ale od razu dodam, że w Fordzie Transicie Customie działa to dokładnie tak samo, czyli kiepsko.

Volkswagen Transporter T7 – cennik i wyposażenie

W konfiguratorze Volkswagen Samochody Dostawcze znaleźć można informację, że nowy Transporter T7 z nadwoziem furgon w wariancie L1H1 (rozstaw osi 3100 mm) kosztuje od 154 770 zł netto, ale nie da się dalej konfigurować tej bazowej wersji.

W serii takie auto posiada już np. reflektory LED, w tym światła do jazdy dziennej LED, 13-calowy dotykowy wyświetlacz centralny, cyfrowy zestaw wskaźników, układ Front Assist z monitorowaniem pieszych i rowerzystów, automatyczną 1-strefową klimatyzację, system rozpoznawania znaków drogowych czy system audio z 4 głośnikami, zestaw naprawczy do opon (umieszczony na lewym tylnym słupku wewnątrz ładowni), tylne czujniki parkowania, tempomat z inteligentnym asystentem prędkości. 

Aktualny cennik Transportera w wersji PanAmericana 2.0 TDI 170 KM z automatyczną przekładnią i napędem 4MOTION oraz z dłuższym rozstawem osi (3500 mm) startuje od 196 230 zł netto/241 362 zł brutto.

W tej cenie otrzymamy pojazd wyposażony m.in. w 17-calowe obręcze kół ze stopów lekkich „Monte Carlo”, czy wspomniane nakładki na nadkola i progi, ogrzewanie fotela lewego i prawego czy tapicerkę z pomarańczowymi naszywkami podkreślającymi unikatowość wersji PanAmericana.

Prezentowana „blaszka” – jak wynika z przesłanej przez importera specyfikacji – wyceniona została dokładnie na 237 030 zł netto/291 546 zł brutto a wśród znacznie zwiększających cenę pojazdu dodatków znalazł się m.in. Pakiet Assist Premium Plus (1990 zł netto) obejmujący m.in. system kamer 360, czujniki parkowania w przednim i tylnym zderzaku oraz system automatycznego hamowanie podczas cofania przy wykryciu zagrożenia.

Dobrze wyglądają i rewelacyjnie oświetlają drogę w nocy. Do tego reflektory IQ Light mają funkcję Coming&Leaving home, ale trzeba też za nie dodatkowo dopłacić.

Pakiet Light & Vision z IQ Light (4700 zł netto) składa się z kolei ze składanych lusterek zewnętrznych i matrycowych reflektorów LED (świetnie doświetlają drogę w nocy, polecam!) z asystentem świateł drogowych Dynamic Light Assist. Wyłożenie podłogi dwuwarstwową sklejką z 3 poprzecznymi szynami airline (4310 zł netto).

Podsumowanie

Wszystko na to wskazuje, że Ford Transit Custom ze znaczkiem VW oferuje najlepsze właściwości użytkowe w historii rodziny Transporterów. Nieosiągany dotychczas uciąg na haku czy kubatura ładowni, to oczywiście zalety nowego T7.

Jednak 170-konny motor wydaje się mocno stłamszony działaniem 8-stopniowej automatycznej hydrokinetycznej przekładni, co też przekłada się na zużycie paliwa, które nie mogło spaść poniżej 9 litrów na „setkę”, pomimo delikatnego traktowania pedału przyspieszenia.

Brakowało też nieco wigoru zespołowi napędowemu, choć nie ma co narzekać na komfort jazdy i precyzję prowadzenia. Tylko Auto-Hold strasznie był irytujący. No i ten haczyk na kurtki a w zasadzie brak takiego haczyka.

Cena niebotycznie wysoka, ale też pamiętajmy, że to topowy wariant z wieloma dodatkami przekraczającymi łącznie wartość 50 000 zł brutto. Ale i tak blisko 300 000 złotych za średniej wielkości furgon to jednak chyba nieco za dużo. Pewnie u dealera da się sporo wynegocjować, no i może dorzuci ten większy zbiornik paliwa w ramach gestu handlowego.

Źródło zdjęć i filmu: dostawczakiem.pl

Podziel się: